środa, 24 listopada 2010
poniedziałek, 9 lutego 2009
Skąd biorą się takie małe ludziki w telewizorze?
Zepsuł mi się komputer. Obecnie korzystam, z bijącego wszelkie rekordy prędkości, przeszło dziesięcioletniego laptopa. Przez kilka dni, z dobrodziejstwa jakim jest PC nie korzystałem w ogóle. Pewnie drapiecie się właśnie po głowie i zastanawiacie, jak to możliwe. Powiem Wam - cholera wie.
Owy laptop, pozwala mi na przejrzenie poczty, w miarę mało uciążliwe korzystanie z gadu-gadu oraz toporne dość odtwarzanie muzyki. O filmach nawet nie mówię - Youtube i inne tego typu serwisy pozostają w sferze wyjątkowo śmiałych marzeń. Daje to naprawdę wiele do myślenia. Gdy komputera nie miałem w ogóle, wyobrażałem sobie siebie, kilka dni później, wchodzącego do szkoły i dźgającego przypadkowe osoby nożem, tylko po to, by móc po chwili wybuchnąć śmiechem szaleńca. Scena zmieniała się - widziałem mnie samego, miotającego się w kaftanie bezpieczeństwa, po małym, pustym, ciemnym pokoiku. Okazało się jednak, że nie jest tak źle :) Różne myśli nachodzą człowieka, gdy nie może skorzystać z dobrodziejstwa, jakim jest internet. Łapię się na tym, że rozmyślam o rzeczach, na które zwykle nie zwracam uwagi. Mam na szczęście kogoś, z kim mogę się mymi wyjątkowo głupimi przemyśleniami podzielić. Przeżywam też gitarowy renesens - nagle, mam jakoś dużo więcej czasu na granie.
Swoją drogą, ciekawe jakby wyglądał obecnie świat bez internetu. Wiadomości na gadu-gadu roznosiłyby gołębie pocztowe? Ściąganie plików oznaczałoby przemycanie ich zza granicy? Forum przybierałoby postać przesyłanej od jednej osoby do drugiej książki? Cóż, obecnie nietrudno mi to sobie wyobrazić :)
Nie napisałem nawet połowy tego co chciałem tu zamieścić, ale obecnie rozwinięcie mojego wywodu jest technicznie niemożliwe. A może byłoby lepiej, gdyby był on dostarczany ludziom do domu, lub rozdawany przez kolportera razem z "Metrem"? Ehh...
Owy laptop, pozwala mi na przejrzenie poczty, w miarę mało uciążliwe korzystanie z gadu-gadu oraz toporne dość odtwarzanie muzyki. O filmach nawet nie mówię - Youtube i inne tego typu serwisy pozostają w sferze wyjątkowo śmiałych marzeń. Daje to naprawdę wiele do myślenia. Gdy komputera nie miałem w ogóle, wyobrażałem sobie siebie, kilka dni później, wchodzącego do szkoły i dźgającego przypadkowe osoby nożem, tylko po to, by móc po chwili wybuchnąć śmiechem szaleńca. Scena zmieniała się - widziałem mnie samego, miotającego się w kaftanie bezpieczeństwa, po małym, pustym, ciemnym pokoiku. Okazało się jednak, że nie jest tak źle :) Różne myśli nachodzą człowieka, gdy nie może skorzystać z dobrodziejstwa, jakim jest internet. Łapię się na tym, że rozmyślam o rzeczach, na które zwykle nie zwracam uwagi. Mam na szczęście kogoś, z kim mogę się mymi wyjątkowo głupimi przemyśleniami podzielić. Przeżywam też gitarowy renesens - nagle, mam jakoś dużo więcej czasu na granie.
Swoją drogą, ciekawe jakby wyglądał obecnie świat bez internetu. Wiadomości na gadu-gadu roznosiłyby gołębie pocztowe? Ściąganie plików oznaczałoby przemycanie ich zza granicy? Forum przybierałoby postać przesyłanej od jednej osoby do drugiej książki? Cóż, obecnie nietrudno mi to sobie wyobrazić :)
Nie napisałem nawet połowy tego co chciałem tu zamieścić, ale obecnie rozwinięcie mojego wywodu jest technicznie niemożliwe. A może byłoby lepiej, gdyby był on dostarczany ludziom do domu, lub rozdawany przez kolportera razem z "Metrem"? Ehh...
piątek, 30 stycznia 2009
Muzyczne przemyślenia
Ostatnio przez dość długi okres czasu, rozmyślałem sobie nad pewnym niepokojącym mnie samego faktem - zespoły, które pamiętają jeszcze zapewne czasy tworzenia się węgla kamiennego, zaczęły wypierać w moim prywatnym, jakże prestiżowym rankingu, te nowsze.
Jest to kurczę w jakimś tam stopniu straszne, ponieważ chyba jako osoba nastoletnia, powinienem marzyć raczej o zobaczeniu na żywo koncertu jakiegoś Greenday czy innej modnej obecnie grupy. Bo kto tam chciałbym oglądać dziadka w krawacie, marynarce i krótkich spodenkach, dzierżącego w rękach Gibsona SG? A co jeśli po wyjątkowo wyczerpującym koncercie, biedaczek padnie na zawał? Ma się już swoje lata, nieprawdaż? Z jakiegoś jednak powodu, wolałbym bawić się na gigu staruszków z AC/DC - zespołu, który od parudziestu lat, nagrywa co jakiś czas te samą płytę i sprzedaje ją publiczności, pod nową nazwą. Cholera, czy to ze mną jest coś nie tak? W sumie... nie. Doszedłem do wniosku, że większości debiutantów brakuje werwy, charakteru, a przede wszystkim szczerości. Bandy których image jest kreowany przez wytwórnie, na potrzeby publiczności, są teraz na porządku dziennym - i to jest skandal. AC/DC mają przynajmniej wszystko gdzieś i konsekwentnie grają swoje, natomiast pseudo-zbuntowani młodzi ludzie, z którymi utożsamia się zresztą całkiem spory procent nastolatków, osiągają szczyty popularności tylko dzięki udawaniu. Oczywiście mam na myśli szczyty chwilowe, ponieważ za parę lat, nikt nie będzie o nich pamiętał. Cóż, kilkanaście wiosen temu, modne było wybranie sobie jakiegoś członka znanego boysbandu i tapetowanie pokoju jego zdjęciami - teraz pokój wypada wytapetować w najlepszym wypadku przebitymi sercami na czarnym tle, a najlepiej srebrno - różowymi czaszkami. Jakże żałosne są nastolatki, które po wygłoszeniu śmiałej deklaracji: "nie obchodzi mnie opinia innych", trzymają tylko kciuki, by ktoś tę ich "odmienność" zauważył. Cóż, taka moda. Drugą opcją jest jeszcze uważanie się za przedstawiciela subkultury rastamanów - wtedy obowiązkowo musimy palić sheeshe, czcić Boba Marleya i nosić wyjątkowo krzykliwe ubrania. Wszystko bardzo fajnie, tylko gdzie tutaj prawda? Wszystko jest na pokaz. Za dwa - trzy lata, nikt nie będzie pamiętał o tym co to właściwie jest rasta, a wyznanie tego, że sam starał się należeć do tej społeczności, raczej nie przejdzie mu przez usta. Są jednak artyści, żerujący na takich właśnie ludziach - głupich ofiarach sezonowej mody. W sumie to wystarczy tylko wyglądać - ponieważ ich muzyka jest zwykle do krzty przesłodzona i przesiąknięta wręcz chęcią przypodobania się młodym, "pieprzącym system" fanom. Ale przecież fajnie jest słuchać Pink czy Paramore. Ciekawe tylko, czy obecni wielbiciele, kiedyś, kiedyś, wolałyby pochwalić się wnukom koncertem Paramore, Linkin Parku czy Zeppelinów lub GnR?
Coraz częściej widzimy też "artystów" wykreowanych stuprocentowo przez wytwórnie. Jestem pewien, że "biznesplan" Tokio Hotel, to: " pograjcie kilka lat, wyglądajcie dziwnie, niech podoba się buntownikom, wszyscy sobie zarobimy, potem spadajcie". Powiedzmy sobie szczerze - zespoły od samego początku nieszczere, chcące jak najbardziej wpasować się w gusta, i to niekoniecznie muzyczne, nastolatek, stawiające image ponad muzykę, długotrwałego sukcesu odnieść nie mogą. Wydawcy, doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego starają się wykorzystać cały ich pieniężny potencjał, zanim na dobre sie wypalą. Stopniowo takie grupy, właśnie z tego powodu - rozpaczliwej pogoni za papierowymi świstkami - stają się obiektami żartów i kpin. "Fani" odwracają się od nich i wstydzą się przyznać do tego, że kiedyś całowali ich plakaty, czy nawet, do tego że kupili płytę. Zespoły są teraz tworzone częściej na castingach, niż wśród znajomych. Sama muzyka schodzi na dalszy plan. Zostają jeszcze grupy takie jak na przykład Greenday - zmieniające się, stopniowo na gorsze, coraz bardziej komercyjne. Może skala problemu nie jest na tyle wielka, by normalne grupy nazywać wyjątkami, ale jest to już bardzo poważna sprawa. W sumie powinienem mieć to gdzieś, powinienem napisać: "niech sobie słuchają, sami będą się wstydzili" i dalej zagłębiać się w twórczości Deep Purple dajmy na to, ale strasznie mnie to po prostu irytuje. Każdy chce teraz wyjść na takiego niezależnego, takiego wyjątkowego. Wstyd! Sytuacje pogarszają jeszcze rozgłośnie radiowe - " Radio Eska - hity na czasie" - właśnie. Rzecz w tym, że The Who, Gunsi czy nawet ZZ Top, zawsze są na czasie. A w tego typu stacjach po roku, dwóch, nikt już o starych "hitach" nie pamięta.
"Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem" - no i poszło takich w młodych alternatywnych dobre pare tysięcy, bo na szczęscie są ludzie, którzy czarowi sezonowych gwiazd nie ulegają.
Źle się dzieję na rynku muzycznym. Dlatego zostanę przy takich numerach, których nie muszę analizować, którymi nie muszę się chwalić, które przetrwały próbę czasu. Kiedyś wszystko było chyba bardziej szczerze, mniej na pokaz, a jeśli już nawet troszkę na pokaz, to wynikające z własnych emocji, czyli też swoją drogą szczerze. Miejmy nadzieję, że takie czasy jeszcze wrócą, bo obecnie rodzących się legend prawie nie widać... Za przykładny wyjątek można uznać jednak na przykład Tool - panowie konsekwentnie pieprzą standardy radiowe i standardowe budowy utworów, mają gdzieś przypodobanie się publiczności, a ich twórczość jak na razie wygląda ponadczasowo. W tym gwiazdozbiorze, mało jest jednak gwiazd, które od razu się nie wypalą...
Gwarantuję Wam, że jeśli kiedyś dotrę na szczyt, dorobie się Les Paula sygnowanego własnym nazwiskiem i czternastu jachtów, postaram się dalej tworzyć oraz grać prosto z serca, i tworzyć historię.
PS. Zdaję sobię sprawę z tego, jak mało spójny jest mój wywód. Wiem też, że nie popisałem się tu zbytnio kunsztownym stylem, ale pisałem cholera pod wpływem emocji :)
PS2. Wiem też, że tematu nie zdołałem wyczerpać, ale to jest temat raczej na pracę magisterską czy książkę. Być może rozwinę go lub uzupełnię w kolejnych wpisach.
Jest to kurczę w jakimś tam stopniu straszne, ponieważ chyba jako osoba nastoletnia, powinienem marzyć raczej o zobaczeniu na żywo koncertu jakiegoś Greenday czy innej modnej obecnie grupy. Bo kto tam chciałbym oglądać dziadka w krawacie, marynarce i krótkich spodenkach, dzierżącego w rękach Gibsona SG? A co jeśli po wyjątkowo wyczerpującym koncercie, biedaczek padnie na zawał? Ma się już swoje lata, nieprawdaż? Z jakiegoś jednak powodu, wolałbym bawić się na gigu staruszków z AC/DC - zespołu, który od parudziestu lat, nagrywa co jakiś czas te samą płytę i sprzedaje ją publiczności, pod nową nazwą. Cholera, czy to ze mną jest coś nie tak? W sumie... nie. Doszedłem do wniosku, że większości debiutantów brakuje werwy, charakteru, a przede wszystkim szczerości. Bandy których image jest kreowany przez wytwórnie, na potrzeby publiczności, są teraz na porządku dziennym - i to jest skandal. AC/DC mają przynajmniej wszystko gdzieś i konsekwentnie grają swoje, natomiast pseudo-zbuntowani młodzi ludzie, z którymi utożsamia się zresztą całkiem spory procent nastolatków, osiągają szczyty popularności tylko dzięki udawaniu. Oczywiście mam na myśli szczyty chwilowe, ponieważ za parę lat, nikt nie będzie o nich pamiętał. Cóż, kilkanaście wiosen temu, modne było wybranie sobie jakiegoś członka znanego boysbandu i tapetowanie pokoju jego zdjęciami - teraz pokój wypada wytapetować w najlepszym wypadku przebitymi sercami na czarnym tle, a najlepiej srebrno - różowymi czaszkami. Jakże żałosne są nastolatki, które po wygłoszeniu śmiałej deklaracji: "nie obchodzi mnie opinia innych", trzymają tylko kciuki, by ktoś tę ich "odmienność" zauważył. Cóż, taka moda. Drugą opcją jest jeszcze uważanie się za przedstawiciela subkultury rastamanów - wtedy obowiązkowo musimy palić sheeshe, czcić Boba Marleya i nosić wyjątkowo krzykliwe ubrania. Wszystko bardzo fajnie, tylko gdzie tutaj prawda? Wszystko jest na pokaz. Za dwa - trzy lata, nikt nie będzie pamiętał o tym co to właściwie jest rasta, a wyznanie tego, że sam starał się należeć do tej społeczności, raczej nie przejdzie mu przez usta. Są jednak artyści, żerujący na takich właśnie ludziach - głupich ofiarach sezonowej mody. W sumie to wystarczy tylko wyglądać - ponieważ ich muzyka jest zwykle do krzty przesłodzona i przesiąknięta wręcz chęcią przypodobania się młodym, "pieprzącym system" fanom. Ale przecież fajnie jest słuchać Pink czy Paramore. Ciekawe tylko, czy obecni wielbiciele, kiedyś, kiedyś, wolałyby pochwalić się wnukom koncertem Paramore, Linkin Parku czy Zeppelinów lub GnR?
Coraz częściej widzimy też "artystów" wykreowanych stuprocentowo przez wytwórnie. Jestem pewien, że "biznesplan" Tokio Hotel, to: " pograjcie kilka lat, wyglądajcie dziwnie, niech podoba się buntownikom, wszyscy sobie zarobimy, potem spadajcie". Powiedzmy sobie szczerze - zespoły od samego początku nieszczere, chcące jak najbardziej wpasować się w gusta, i to niekoniecznie muzyczne, nastolatek, stawiające image ponad muzykę, długotrwałego sukcesu odnieść nie mogą. Wydawcy, doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego starają się wykorzystać cały ich pieniężny potencjał, zanim na dobre sie wypalą. Stopniowo takie grupy, właśnie z tego powodu - rozpaczliwej pogoni za papierowymi świstkami - stają się obiektami żartów i kpin. "Fani" odwracają się od nich i wstydzą się przyznać do tego, że kiedyś całowali ich plakaty, czy nawet, do tego że kupili płytę. Zespoły są teraz tworzone częściej na castingach, niż wśród znajomych. Sama muzyka schodzi na dalszy plan. Zostają jeszcze grupy takie jak na przykład Greenday - zmieniające się, stopniowo na gorsze, coraz bardziej komercyjne. Może skala problemu nie jest na tyle wielka, by normalne grupy nazywać wyjątkami, ale jest to już bardzo poważna sprawa. W sumie powinienem mieć to gdzieś, powinienem napisać: "niech sobie słuchają, sami będą się wstydzili" i dalej zagłębiać się w twórczości Deep Purple dajmy na to, ale strasznie mnie to po prostu irytuje. Każdy chce teraz wyjść na takiego niezależnego, takiego wyjątkowego. Wstyd! Sytuacje pogarszają jeszcze rozgłośnie radiowe - " Radio Eska - hity na czasie" - właśnie. Rzecz w tym, że The Who, Gunsi czy nawet ZZ Top, zawsze są na czasie. A w tego typu stacjach po roku, dwóch, nikt już o starych "hitach" nie pamięta.
"Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem" - no i poszło takich w młodych alternatywnych dobre pare tysięcy, bo na szczęscie są ludzie, którzy czarowi sezonowych gwiazd nie ulegają.
Źle się dzieję na rynku muzycznym. Dlatego zostanę przy takich numerach, których nie muszę analizować, którymi nie muszę się chwalić, które przetrwały próbę czasu. Kiedyś wszystko było chyba bardziej szczerze, mniej na pokaz, a jeśli już nawet troszkę na pokaz, to wynikające z własnych emocji, czyli też swoją drogą szczerze. Miejmy nadzieję, że takie czasy jeszcze wrócą, bo obecnie rodzących się legend prawie nie widać... Za przykładny wyjątek można uznać jednak na przykład Tool - panowie konsekwentnie pieprzą standardy radiowe i standardowe budowy utworów, mają gdzieś przypodobanie się publiczności, a ich twórczość jak na razie wygląda ponadczasowo. W tym gwiazdozbiorze, mało jest jednak gwiazd, które od razu się nie wypalą...
Gwarantuję Wam, że jeśli kiedyś dotrę na szczyt, dorobie się Les Paula sygnowanego własnym nazwiskiem i czternastu jachtów, postaram się dalej tworzyć oraz grać prosto z serca, i tworzyć historię.
PS. Zdaję sobię sprawę z tego, jak mało spójny jest mój wywód. Wiem też, że nie popisałem się tu zbytnio kunsztownym stylem, ale pisałem cholera pod wpływem emocji :)
PS2. Wiem też, że tematu nie zdołałem wyczerpać, ale to jest temat raczej na pracę magisterską czy książkę. Być może rozwinę go lub uzupełnię w kolejnych wpisach.
poniedziałek, 8 września 2008
powrót powakacyjny
No, mam nadzieję, że wszyscy ( może powinienem raczej użyć zwrotu "obaj" :D, co za popularność ) czytelnicy tego bloga czekali z niecierpliwością na mój powrót. Oto nadszedł - He's back, że tak zarzucę angielskim. Jak zwykle na początku pisania "noci", nie mam właściwie pojęcia o czym ona będzie. Tak więc od tego momentu piszę wszystko to, co przewija sie przez mój chory umysł w trakcie stukania w klawisze.
Właśnie słucham nowej płyty zespołu Metallica i muszę przyznać, że to naprawdę zacne dzieło. W ogóle rok 2008, jeśli chodzi o wydane płyty, kształtuje się dla mnie bardzo pozytywnie. Nowe, świetne albumy The Fratellis, Slipknota, Bucketheada, Caesars czy właśnie Metallici sprawiają, że odzyskuję wiarę w "dzisiejszą" muzykę. Oczywiście nie mogło obyć się bez kilku wpadek - We Are Scientists oraz oczywiście Scars on Broadway, bardzo mnie zawiedli.
BTW moim nowym życiowym idolem został Buckethead. Ten człowiek miał naprawdę kapitalny pomysł, na ukrycie swojej prawdziwej tożsamości. Wzbudza wokół siebie nutkę tajemniczości, nie wspominając już nawet o tym, jak genialnym jest gitarzystą :) W ogóle ostatnio zacząłem używać sztuczki pozwalającej na "zrobienie" sobie w elektryku z układem dwóch humbuckerów czegoś na kształt legendarnego killswicha. Wystarczy ustawić jeden potencjometr głośności na 10 a drugi na 0, po czym płynnie przełączać między przetwornikami. Efekt przy solówkach powinien być zabójczy. Nie wiem czy do końca jest, bo nie umiem żadnych specjalnie efektownych solówek :D Ale, od czego są chęci i zapał.
Chciałem jeszcze zahaczyć jakoś o absurd, jak to zwykle robiłem w większości poprzednich postów. Ale cholera, nie mam żadnego pomysłu... siedzę sobie w pokoju, wiatraczek całkiem sprawnie mnie chłodzi, obok leżą jakieś książki. Boże, na tym świecie brakuje inspiracji. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale najzwyczajniej w świecie, we własnym domu brakuje mi inspiracji do ironizowania :/ Zostaje jeszcze oczywiście szkoła, miejsce wręcz wymarzone :) O tak, tutaj inspiracji mi nie brakuję. Może zapiszę sobie jakiś szkolny pomysł, bym go nie zapomniał, a potem umieszczę go tutaj. No, to tak na następny raz.
papatki :*
PS. Znalazłem roboczą, niedokończona wersję mojego uwaga, uwaga, nigdy nie publikowanego posta z przed miesiąca. Specjalnie dla Was, oto i ona:
Dawno nie pisałem. Ponad miesiąc... Zastanawiam się właśnie nad tym dlaczego i... w sumie to nie wiem. W zasadzie mam głęboko gdzieś to, dlaczego olałem blogowanie ostatnimi czasy. Bardziej zagłębiając się w temat, można nawet stwierdzić, że wszystko ostatnio mam głęboko... Dlaczego? Nie wiem, mam to głęboko... A to dlaczego? Nie wiem i mam to głęboko...
Co nowego u mnie? Przydałoby się o tym napisać, w końcu nie ot tak sobie, mój homepage nosi dumny tytuł bloga. Otóż idę do nowej szkoły, tam, gdzie chciałem. "To ładnie" - powiedziałby ktoś - a ja mówię, że to nieładnie, że brak mi ostatnimi czasy zapału, optymizmu czy czegokolwiek w tym stylu. A właściwie to mam to głęboko... Może to dlatego, że są wakacje, że należy mi się odpoczynek nie tylko od nauki, prac domowych ( choć w moim przypadku, jest coś takiego jak tzw. "wieczny odpoczynek", mam w końcu tytuł abstynenta naukowego ) ale od większości emocji, wielkich radości, smutków, czegokolwiek. Może to dlatego czuję się dość dziwnie, wszystko wydaje się takie monotonne... No, ale koniec już tego smęcenia :D
Właśnie słucham nowej płyty zespołu Metallica i muszę przyznać, że to naprawdę zacne dzieło. W ogóle rok 2008, jeśli chodzi o wydane płyty, kształtuje się dla mnie bardzo pozytywnie. Nowe, świetne albumy The Fratellis, Slipknota, Bucketheada, Caesars czy właśnie Metallici sprawiają, że odzyskuję wiarę w "dzisiejszą" muzykę. Oczywiście nie mogło obyć się bez kilku wpadek - We Are Scientists oraz oczywiście Scars on Broadway, bardzo mnie zawiedli.
BTW moim nowym życiowym idolem został Buckethead. Ten człowiek miał naprawdę kapitalny pomysł, na ukrycie swojej prawdziwej tożsamości. Wzbudza wokół siebie nutkę tajemniczości, nie wspominając już nawet o tym, jak genialnym jest gitarzystą :) W ogóle ostatnio zacząłem używać sztuczki pozwalającej na "zrobienie" sobie w elektryku z układem dwóch humbuckerów czegoś na kształt legendarnego killswicha. Wystarczy ustawić jeden potencjometr głośności na 10 a drugi na 0, po czym płynnie przełączać między przetwornikami. Efekt przy solówkach powinien być zabójczy. Nie wiem czy do końca jest, bo nie umiem żadnych specjalnie efektownych solówek :D Ale, od czego są chęci i zapał.
Chciałem jeszcze zahaczyć jakoś o absurd, jak to zwykle robiłem w większości poprzednich postów. Ale cholera, nie mam żadnego pomysłu... siedzę sobie w pokoju, wiatraczek całkiem sprawnie mnie chłodzi, obok leżą jakieś książki. Boże, na tym świecie brakuje inspiracji. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale najzwyczajniej w świecie, we własnym domu brakuje mi inspiracji do ironizowania :/ Zostaje jeszcze oczywiście szkoła, miejsce wręcz wymarzone :) O tak, tutaj inspiracji mi nie brakuję. Może zapiszę sobie jakiś szkolny pomysł, bym go nie zapomniał, a potem umieszczę go tutaj. No, to tak na następny raz.
papatki :*
PS. Znalazłem roboczą, niedokończona wersję mojego uwaga, uwaga, nigdy nie publikowanego posta z przed miesiąca. Specjalnie dla Was, oto i ona
Dawno nie pisałem. Ponad miesiąc... Zastanawiam się właśnie nad tym dlaczego i... w sumie to nie wiem. W zasadzie mam głęboko gdzieś to, dlaczego olałem blogowanie ostatnimi czasy. Bardziej zagłębiając się w temat, można nawet stwierdzić, że wszystko ostatnio mam głęboko... Dlaczego? Nie wiem, mam to głęboko... A to dlaczego? Nie wiem i mam to głęboko...
Co nowego u mnie? Przydałoby się o tym napisać, w końcu nie ot tak sobie, mój homepage nosi dumny tytuł bloga. Otóż idę do nowej szkoły, tam, gdzie chciałem. "To ładnie" - powiedziałby ktoś - a ja mówię, że to nieładnie, że brak mi ostatnimi czasy zapału, optymizmu czy czegokolwiek w tym stylu. A właściwie to mam to głęboko... Może to dlatego, że są wakacje, że należy mi się odpoczynek nie tylko od nauki, prac domowych ( choć w moim przypadku, jest coś takiego jak tzw. "wieczny odpoczynek", mam w końcu tytuł abstynenta naukowego ) ale od większości emocji, wielkich radości, smutków, czegokolwiek. Może to dlatego czuję się dość dziwnie, wszystko wydaje się takie monotonne... No, ale koniec już tego smęcenia :D
poniedziałek, 2 czerwca 2008
The Fratellis - here we stand - recenzja
„Here We Stand” to drugi studyjny album szkockiej formacji The Fratellis. Zespół wykonujący muzykę zaliczaną do gatunku indie rock, zadebiutował w 2006 roku płytą „Costello Music”. Dzieło to zostało bardzo ciepło przyjęte w Wielkiej Brytanii, a single takie jak „Chelsea Dagger” czy „Flathead” dotarły do czołówek list przebojów na wyspach. W sumie udało się sprzedać ponad dwa miliony kopii „Costello Music”. Zniecierpliwieni fani czekali na drugą płytę i... doczekali się. Od kilku dni można już kupić „Here We Stand”. Można, ale czy warto? Mam nadzieję, że po lekturze mej recenzji, nikt nie będzie miał już co do tego wątpliwości.
Postanowiłem, że nie będę traktował albumu jako zamkniętej całości, a opiszę oddzielnie każdy utwór. W końcu w dzisiejszych czasach nie jest problemem ściągnięcie pojedynczej piosenki, za niewielką opłatą.
No, ale przejdźmy do konkretów. Gdy tylko zdobyłem nowy album, pobiegłem do odtwarzacza CD i pośpiesznie włożyłem płytę do czytnika. W końcu sam, jako fan szkockiej formajavascript:void(0)
Publikuj postacji, czekałem na „Here We Stand” przez przeszło półtora roku. Miałem nadzieję, że się nie zawiodę. Nerwowo nacisnąłem przycisk play i... po kilku sekundach wiedziałem już, że będzie dobrze. Dzieło otwiera utwór „My Friend John”. Jest to pozytywna, skoczna piosenka, z chwytliwym refrenem i wpadającymi w ucho zwrotkami. Jednym słowem – prezentuje nam ona to, z czego The Fratellis zawsze słynęli ( no, wyszło troszkę więcej niż jedno słowo, ale nie będziemy chyba płakać z tego powodu ). „My Friend John” to po prostu arcydzieło, które potrafi poprawić nastrój każdemu. Dwanaście minut później ( nie, utwór trwa trzy minuty, po prostu zanim przeszedłem dalej, musiałem odsłuchać go cztery razy, co jest chyba najlepszą rekomendacją ) wcisnąłem przycisk „dalej”. Na tyle okładki wyczytałem, że kolejny „numer” nosi nazwę „A Heady Tale”. Jest to piosenka nastrajająca równie optymistycznie, jak poprzednia, jednak troszkę spokojniejsza i bardziej melodyjna. Nie zrobiła ona na mnie aż takiego wrażenia, jak „My Friend John”, aczkolwiek bardzo mi się spodobała. Numerem trzy na albumie, jest „kawałek” „Shameless”. Cztery kolejne minuty nastrajania się coraz bardziej optymistycznie. Zastanawiałem się, jak luźna i radosna będzie moja recenzja pod koniec jej pisania. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że jeśli The Fratellis będą mnie rozbawiać w takim tempie, w jednej chwili znikną dla mnie wszystkie problemy, i pozostanie tylko ta świetna, pozytywna muzyka. Kolejny utwór, czyli „Look Out Sunshine” nieco różni się od poprzednich. Jest wyraźnie wolniejszy, bardzo spokojny, bardzo ( zgadnijcie jaki, jest to zadanie wyłącznie dla ludzi o olbrzymiej spostrzegawczości ) radosny. Moim zdaniem, ma on w sobie pewien rodzaj magii, jest jedyny w swoim rodzaju. Gorąco go polecam! W piątej piosence, zatytułowanej „Stragglers Moon”, mamy małą przerwę w tej radości. Tak przynajmniej myślałem, ale w refrenie wszystko wróciło do normy. Dobre, lecz niespecjalnie wyróżniające się dzieło. Przyszedł czas na „Mistress Mabel”, czyli pierwszy singiel promujący album. Troszkę zdziwił mnie ten wybór, ja singlem uczyniłbym wspomniany już utwór „My Friend John”, no, ale to nie ja tu decyduję. Wracając do konkretów, „Mistress Mabel” to niezły „kawałek”, z chwytliwym riffem. Po pierwszym odsłuchaniu kolejnego utworu, o dość intrygującym tytule „Jesus Stole My Baby”, wręcz się w nim zakochałem. Jak powiedział sam wokalista zespołu: „jest to utwór który najlepiej charakteryzuje nasz styl, najbardziej typowe dla nas dzieło. Napisałem ją już cztery lata temu ( czyli przed założeniem zespołu! - dop. red. ) jednak czekałem na odpowiedni moment, by ją wydać”. Trzeba przyznać, że miał on rację. Gdybym nigdy wcześniej nie słyszał tej piosenki a zostałby mi przedstawiony pięcio – dziesięciosekundowy fragment, od razu wiedziałbym, że to The Fratellis. Jak zwykle w przypadku tego zespołu, podoba mi się niekonwencjonalna konstrukcja refrenu. Radzę jednak, abyście sami przesłuchali i ocenili „Jesus Stole My Baby” - warto. Kolejną, ósmą już kompozycję, czyli „Babydoll”, nazwałbym duchowym spadkobiercą „Whistle for the Choir” z pierwszego albumu grupy. Spokojna piosenka, podobnie jak jej poprzedniczka z „Costello Music”, jest wprost wspaniała. Da się też wyczuć w niej swoistą magię, o której pisałem już przy okazji omawiania „Look Out Sunshine”. Następny w kolejności jest utwór „Tell Me a Lie”. Moim zdaniem, należy mu się co najmniej kilka zdań w tej recenzji. Jest niesamowicie skoczny, wesoły i oryginalny. Rytm zwrotki kojarzy mi się z muzyką country, natomiast refren przywodzi na myśl twórczość takich zespołów jak Jet czy AC/DC. Napiszę, że to kapitalne dzieło, jednak w przypadku takich utworów powinno się już używać słowa „arcydzieło”. Na uwagę zasługuje też zabawny tekst piosenki. Teksty pisane przez The Fratellis, zawsze są łatwe w odbiorze i śmieszne, jednak ten spodobał mi się szczególnie. Po trzykrotnym przesłuchaniu, włączyłem piosenkę numer dziesięć. Aha, więc to „Acid Jazz Singer”. „Kawałek” ten widziałem już na jednej ze stron internetowych, wykonywany na żywo, na koncercie. Pamiętam, że zrobił wtedy na mnie ogromne wrażenie i dał nadzieję na to, że drugi album szkockiej grupy, będzie równie dobry jak pierwszy. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, „Acid Jazz Singer” nadal bardzo mi się podoba. Przedostatnim już utworem na płycie, jest „Lupe Brown”. Dzieło to, zostało już zapowiedziane jako drugi singiel promujący płytę. Jest to dobry utwór, jednak, moim zdaniem, nieco odstaje od kilku poprzednich. Jest po prostu mniej oryginalny, mniej wesoły, aczkolwiek nadal przyzwoity. Album zamyka „Milk and Money”. Aby usłyszeć pierwsze wersy, musiałem zwiększyć głośność w odtwarzaczu. Wolna, piękna piosenka śpiewana głównie w akompaniamencie pianina. Po raz kolejny czuć magię. W połowie utworu dochodzą gitary, robi się coraz szybciej i bardziej żywiołowo, mamy świetną solówkę, by w ostatniej minucie znów wrócić wyłącznie do pianina. Uwielbiam takie zmiany tempa i nastroju. Nacisnąłem przycisk „next” ( po kilku przesłuchaniach oczywiście, kocham „Milk and Money” ) na wieży i... nic się nie stało. Czyżby się zepsuła? Nie, po prostu pochłonęła mnie magia i zapomniałem, że to już koniec płyty. Z jednej strony ogarnął mnie smutek – takich utworów mógłbym słuchać setki, a dostałem ich tylko dwanaście. Z drugiej jednak, wiedziałem, że album starczy mi na kolejny rok – dwa słuchania i czekania na kolejny, i na pewno mi się nie znudzi. Zawsze mam też „Costello Music”, które wytrzymało próbę czasu i wciąż bardzo mi się podoba. No i Budhill Singles Club ( wspaniały pomysł, wersje akustyczne oraz niepublikowane nigdzie indziej utwory, zespół umieszcza za darmo w internecie ). Ale, znów oderwałem się od tematu. Jak wypada porównanie z pierwszą płytą? Cóż, polepszyła się praca gitar, doszło trochę pianina, charakterystyczna radość pozostała.
Myślę, że każdemu kto był na tyle wytrwały, by przeczytać całe rozwinięcie, żadne podsumowanie nie jest potrzebne. Zamiast czytać, powinniście iść już do sklepu po własne kopie! Napiszę jednak co nieco, gdyż takie są ogólnie przyjęte zasady itd.. „Here We Stand” różni się bardzo od debiutanckiego albumu, jednocześnie kontynuując jego przesłanie. Jako całość wypada świetnie. Nastraja pozytywnie, daje radość z słuchania, taka właśnie powinna być muzyka. Dlaczego więc w rubryce ocena nie widnieje dziesiątka? Otóż zostawiam ją sobie na kolejny album tego zespołu. Gorąco polecam!
Tytuł: „Here We Stand”
Artysta: The Fratellis
Gatunek: indie rock / rock alternatywny
Ilość utworów: 12
Czas trwania: 52 minuty
Ocena: 9/10
Postanowiłem, że nie będę traktował albumu jako zamkniętej całości, a opiszę oddzielnie każdy utwór. W końcu w dzisiejszych czasach nie jest problemem ściągnięcie pojedynczej piosenki, za niewielką opłatą.
No, ale przejdźmy do konkretów. Gdy tylko zdobyłem nowy album, pobiegłem do odtwarzacza CD i pośpiesznie włożyłem płytę do czytnika. W końcu sam, jako fan szkockiej formajavascript:void(0)
Publikuj postacji, czekałem na „Here We Stand” przez przeszło półtora roku. Miałem nadzieję, że się nie zawiodę. Nerwowo nacisnąłem przycisk play i... po kilku sekundach wiedziałem już, że będzie dobrze. Dzieło otwiera utwór „My Friend John”. Jest to pozytywna, skoczna piosenka, z chwytliwym refrenem i wpadającymi w ucho zwrotkami. Jednym słowem – prezentuje nam ona to, z czego The Fratellis zawsze słynęli ( no, wyszło troszkę więcej niż jedno słowo, ale nie będziemy chyba płakać z tego powodu ). „My Friend John” to po prostu arcydzieło, które potrafi poprawić nastrój każdemu. Dwanaście minut później ( nie, utwór trwa trzy minuty, po prostu zanim przeszedłem dalej, musiałem odsłuchać go cztery razy, co jest chyba najlepszą rekomendacją ) wcisnąłem przycisk „dalej”. Na tyle okładki wyczytałem, że kolejny „numer” nosi nazwę „A Heady Tale”. Jest to piosenka nastrajająca równie optymistycznie, jak poprzednia, jednak troszkę spokojniejsza i bardziej melodyjna. Nie zrobiła ona na mnie aż takiego wrażenia, jak „My Friend John”, aczkolwiek bardzo mi się spodobała. Numerem trzy na albumie, jest „kawałek” „Shameless”. Cztery kolejne minuty nastrajania się coraz bardziej optymistycznie. Zastanawiałem się, jak luźna i radosna będzie moja recenzja pod koniec jej pisania. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że jeśli The Fratellis będą mnie rozbawiać w takim tempie, w jednej chwili znikną dla mnie wszystkie problemy, i pozostanie tylko ta świetna, pozytywna muzyka. Kolejny utwór, czyli „Look Out Sunshine” nieco różni się od poprzednich. Jest wyraźnie wolniejszy, bardzo spokojny, bardzo ( zgadnijcie jaki, jest to zadanie wyłącznie dla ludzi o olbrzymiej spostrzegawczości ) radosny. Moim zdaniem, ma on w sobie pewien rodzaj magii, jest jedyny w swoim rodzaju. Gorąco go polecam! W piątej piosence, zatytułowanej „Stragglers Moon”, mamy małą przerwę w tej radości. Tak przynajmniej myślałem, ale w refrenie wszystko wróciło do normy. Dobre, lecz niespecjalnie wyróżniające się dzieło. Przyszedł czas na „Mistress Mabel”, czyli pierwszy singiel promujący album. Troszkę zdziwił mnie ten wybór, ja singlem uczyniłbym wspomniany już utwór „My Friend John”, no, ale to nie ja tu decyduję. Wracając do konkretów, „Mistress Mabel” to niezły „kawałek”, z chwytliwym riffem. Po pierwszym odsłuchaniu kolejnego utworu, o dość intrygującym tytule „Jesus Stole My Baby”, wręcz się w nim zakochałem. Jak powiedział sam wokalista zespołu: „jest to utwór który najlepiej charakteryzuje nasz styl, najbardziej typowe dla nas dzieło. Napisałem ją już cztery lata temu ( czyli przed założeniem zespołu! - dop. red. ) jednak czekałem na odpowiedni moment, by ją wydać”. Trzeba przyznać, że miał on rację. Gdybym nigdy wcześniej nie słyszał tej piosenki a zostałby mi przedstawiony pięcio – dziesięciosekundowy fragment, od razu wiedziałbym, że to The Fratellis. Jak zwykle w przypadku tego zespołu, podoba mi się niekonwencjonalna konstrukcja refrenu. Radzę jednak, abyście sami przesłuchali i ocenili „Jesus Stole My Baby” - warto. Kolejną, ósmą już kompozycję, czyli „Babydoll”, nazwałbym duchowym spadkobiercą „Whistle for the Choir” z pierwszego albumu grupy. Spokojna piosenka, podobnie jak jej poprzedniczka z „Costello Music”, jest wprost wspaniała. Da się też wyczuć w niej swoistą magię, o której pisałem już przy okazji omawiania „Look Out Sunshine”. Następny w kolejności jest utwór „Tell Me a Lie”. Moim zdaniem, należy mu się co najmniej kilka zdań w tej recenzji. Jest niesamowicie skoczny, wesoły i oryginalny. Rytm zwrotki kojarzy mi się z muzyką country, natomiast refren przywodzi na myśl twórczość takich zespołów jak Jet czy AC/DC. Napiszę, że to kapitalne dzieło, jednak w przypadku takich utworów powinno się już używać słowa „arcydzieło”. Na uwagę zasługuje też zabawny tekst piosenki. Teksty pisane przez The Fratellis, zawsze są łatwe w odbiorze i śmieszne, jednak ten spodobał mi się szczególnie. Po trzykrotnym przesłuchaniu, włączyłem piosenkę numer dziesięć. Aha, więc to „Acid Jazz Singer”. „Kawałek” ten widziałem już na jednej ze stron internetowych, wykonywany na żywo, na koncercie. Pamiętam, że zrobił wtedy na mnie ogromne wrażenie i dał nadzieję na to, że drugi album szkockiej grupy, będzie równie dobry jak pierwszy. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, „Acid Jazz Singer” nadal bardzo mi się podoba. Przedostatnim już utworem na płycie, jest „Lupe Brown”. Dzieło to, zostało już zapowiedziane jako drugi singiel promujący płytę. Jest to dobry utwór, jednak, moim zdaniem, nieco odstaje od kilku poprzednich. Jest po prostu mniej oryginalny, mniej wesoły, aczkolwiek nadal przyzwoity. Album zamyka „Milk and Money”. Aby usłyszeć pierwsze wersy, musiałem zwiększyć głośność w odtwarzaczu. Wolna, piękna piosenka śpiewana głównie w akompaniamencie pianina. Po raz kolejny czuć magię. W połowie utworu dochodzą gitary, robi się coraz szybciej i bardziej żywiołowo, mamy świetną solówkę, by w ostatniej minucie znów wrócić wyłącznie do pianina. Uwielbiam takie zmiany tempa i nastroju. Nacisnąłem przycisk „next” ( po kilku przesłuchaniach oczywiście, kocham „Milk and Money” ) na wieży i... nic się nie stało. Czyżby się zepsuła? Nie, po prostu pochłonęła mnie magia i zapomniałem, że to już koniec płyty. Z jednej strony ogarnął mnie smutek – takich utworów mógłbym słuchać setki, a dostałem ich tylko dwanaście. Z drugiej jednak, wiedziałem, że album starczy mi na kolejny rok – dwa słuchania i czekania na kolejny, i na pewno mi się nie znudzi. Zawsze mam też „Costello Music”, które wytrzymało próbę czasu i wciąż bardzo mi się podoba. No i Budhill Singles Club ( wspaniały pomysł, wersje akustyczne oraz niepublikowane nigdzie indziej utwory, zespół umieszcza za darmo w internecie ). Ale, znów oderwałem się od tematu. Jak wypada porównanie z pierwszą płytą? Cóż, polepszyła się praca gitar, doszło trochę pianina, charakterystyczna radość pozostała.
Myślę, że każdemu kto był na tyle wytrwały, by przeczytać całe rozwinięcie, żadne podsumowanie nie jest potrzebne. Zamiast czytać, powinniście iść już do sklepu po własne kopie! Napiszę jednak co nieco, gdyż takie są ogólnie przyjęte zasady itd.. „Here We Stand” różni się bardzo od debiutanckiego albumu, jednocześnie kontynuując jego przesłanie. Jako całość wypada świetnie. Nastraja pozytywnie, daje radość z słuchania, taka właśnie powinna być muzyka. Dlaczego więc w rubryce ocena nie widnieje dziesiątka? Otóż zostawiam ją sobie na kolejny album tego zespołu. Gorąco polecam!
Tytuł: „Here We Stand”
Artysta: The Fratellis
Gatunek: indie rock / rock alternatywny
Ilość utworów: 12
Czas trwania: 52 minuty
Ocena: 9/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)