poniedziałek, 8 września 2008

powrót powakacyjny

No, mam nadzieję, że wszyscy ( może powinienem raczej użyć zwrotu "obaj" :D, co za popularność ) czytelnicy tego bloga czekali z niecierpliwością na mój powrót. Oto nadszedł - He's back, że tak zarzucę angielskim. Jak zwykle na początku pisania "noci", nie mam właściwie pojęcia o czym ona będzie. Tak więc od tego momentu piszę wszystko to, co przewija sie przez mój chory umysł w trakcie stukania w klawisze.

Właśnie słucham nowej płyty zespołu Metallica i muszę przyznać, że to naprawdę zacne dzieło. W ogóle rok 2008, jeśli chodzi o wydane płyty, kształtuje się dla mnie bardzo pozytywnie. Nowe, świetne albumy The Fratellis, Slipknota, Bucketheada, Caesars czy właśnie Metallici sprawiają, że odzyskuję wiarę w "dzisiejszą" muzykę. Oczywiście nie mogło obyć się bez kilku wpadek - We Are Scientists oraz oczywiście Scars on Broadway, bardzo mnie zawiedli.

BTW moim nowym życiowym idolem został Buckethead. Ten człowiek miał naprawdę kapitalny pomysł, na ukrycie swojej prawdziwej tożsamości. Wzbudza wokół siebie nutkę tajemniczości, nie wspominając już nawet o tym, jak genialnym jest gitarzystą :) W ogóle ostatnio zacząłem używać sztuczki pozwalającej na "zrobienie" sobie w elektryku z układem dwóch humbuckerów czegoś na kształt legendarnego killswicha. Wystarczy ustawić jeden potencjometr głośności na 10 a drugi na 0, po czym płynnie przełączać między przetwornikami. Efekt przy solówkach powinien być zabójczy. Nie wiem czy do końca jest, bo nie umiem żadnych specjalnie efektownych solówek :D Ale, od czego są chęci i zapał.

Chciałem jeszcze zahaczyć jakoś o absurd, jak to zwykle robiłem w większości poprzednich postów. Ale cholera, nie mam żadnego pomysłu... siedzę sobie w pokoju, wiatraczek całkiem sprawnie mnie chłodzi, obok leżą jakieś książki. Boże, na tym świecie brakuje inspiracji. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale najzwyczajniej w świecie, we własnym domu brakuje mi inspiracji do ironizowania :/ Zostaje jeszcze oczywiście szkoła, miejsce wręcz wymarzone :) O tak, tutaj inspiracji mi nie brakuję. Może zapiszę sobie jakiś szkolny pomysł, bym go nie zapomniał, a potem umieszczę go tutaj. No, to tak na następny raz.

papatki :*

PS. Znalazłem roboczą, niedokończona wersję mojego uwaga, uwaga, nigdy nie publikowanego posta z przed miesiąca. Specjalnie dla Was, oto i ona :

Dawno nie pisałem. Ponad miesiąc... Zastanawiam się właśnie nad tym dlaczego i... w sumie to nie wiem. W zasadzie mam głęboko gdzieś to, dlaczego olałem blogowanie ostatnimi czasy. Bardziej zagłębiając się w temat, można nawet stwierdzić, że wszystko ostatnio mam głęboko... Dlaczego? Nie wiem, mam to głęboko... A to dlaczego? Nie wiem i mam to głęboko...
Co nowego u mnie? Przydałoby się o tym napisać, w końcu nie ot tak sobie, mój homepage nosi dumny tytuł bloga. Otóż idę do nowej szkoły, tam, gdzie chciałem. "To ładnie" - powiedziałby ktoś - a ja mówię, że to nieładnie, że brak mi ostatnimi czasy zapału, optymizmu czy czegokolwiek w tym stylu. A właściwie to mam to głęboko... Może to dlatego, że są wakacje, że należy mi się odpoczynek nie tylko od nauki, prac domowych ( choć w moim przypadku, jest coś takiego jak tzw. "wieczny odpoczynek", mam w końcu tytuł abstynenta naukowego ) ale od większości emocji, wielkich radości, smutków, czegokolwiek. Może to dlatego czuję się dość dziwnie, wszystko wydaje się takie monotonne... No, ale koniec już tego smęcenia :D

poniedziałek, 2 czerwca 2008

The Fratellis - here we stand - recenzja

„Here We Stand” to drugi studyjny album szkockiej formacji The Fratellis. Zespół wykonujący muzykę zaliczaną do gatunku indie rock, zadebiutował w 2006 roku płytą „Costello Music”. Dzieło to zostało bardzo ciepło przyjęte w Wielkiej Brytanii, a single takie jak „Chelsea Dagger” czy „Flathead” dotarły do czołówek list przebojów na wyspach. W sumie udało się sprzedać ponad dwa miliony kopii „Costello Music”. Zniecierpliwieni fani czekali na drugą płytę i... doczekali się. Od kilku dni można już kupić „Here We Stand”. Można, ale czy warto? Mam nadzieję, że po lekturze mej recenzji, nikt nie będzie miał już co do tego wątpliwości.
Postanowiłem, że nie będę traktował albumu jako zamkniętej całości, a opiszę oddzielnie każdy utwór. W końcu w dzisiejszych czasach nie jest problemem ściągnięcie pojedynczej piosenki, za niewielką opłatą.
No, ale przejdźmy do konkretów. Gdy tylko zdobyłem nowy album, pobiegłem do odtwarzacza CD i pośpiesznie włożyłem płytę do czytnika. W końcu sam, jako fan szkockiej formajavascript:void(0)
Publikuj postacji, czekałem na „Here We Stand” przez przeszło półtora roku. Miałem nadzieję, że się nie zawiodę. Nerwowo nacisnąłem przycisk play i... po kilku sekundach wiedziałem już, że będzie dobrze. Dzieło otwiera utwór „My Friend John”. Jest to pozytywna, skoczna piosenka, z chwytliwym refrenem i wpadającymi w ucho zwrotkami. Jednym słowem – prezentuje nam ona to, z czego The Fratellis zawsze słynęli ( no, wyszło troszkę więcej niż jedno słowo, ale nie będziemy chyba płakać z tego powodu ). „My Friend John” to po prostu arcydzieło, które potrafi poprawić nastrój każdemu. Dwanaście minut później ( nie, utwór trwa trzy minuty, po prostu zanim przeszedłem dalej, musiałem odsłuchać go cztery razy, co jest chyba najlepszą rekomendacją ) wcisnąłem przycisk „dalej”. Na tyle okładki wyczytałem, że kolejny „numer” nosi nazwę „A Heady Tale”. Jest to piosenka nastrajająca równie optymistycznie, jak poprzednia, jednak troszkę spokojniejsza i bardziej melodyjna. Nie zrobiła ona na mnie aż takiego wrażenia, jak „My Friend John”, aczkolwiek bardzo mi się spodobała. Numerem trzy na albumie, jest „kawałek” „Shameless”. Cztery kolejne minuty nastrajania się coraz bardziej optymistycznie. Zastanawiałem się, jak luźna i radosna będzie moja recenzja pod koniec jej pisania. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że jeśli The Fratellis będą mnie rozbawiać w takim tempie, w jednej chwili znikną dla mnie wszystkie problemy, i pozostanie tylko ta świetna, pozytywna muzyka. Kolejny utwór, czyli „Look Out Sunshine” nieco różni się od poprzednich. Jest wyraźnie wolniejszy, bardzo spokojny, bardzo ( zgadnijcie jaki, jest to zadanie wyłącznie dla ludzi o olbrzymiej spostrzegawczości ) radosny. Moim zdaniem, ma on w sobie pewien rodzaj magii, jest jedyny w swoim rodzaju. Gorąco go polecam! W piątej piosence, zatytułowanej „Stragglers Moon”, mamy małą przerwę w tej radości. Tak przynajmniej myślałem, ale w refrenie wszystko wróciło do normy. Dobre, lecz niespecjalnie wyróżniające się dzieło. Przyszedł czas na „Mistress Mabel”, czyli pierwszy singiel promujący album. Troszkę zdziwił mnie ten wybór, ja singlem uczyniłbym wspomniany już utwór „My Friend John”, no, ale to nie ja tu decyduję. Wracając do konkretów, „Mistress Mabel” to niezły „kawałek”, z chwytliwym riffem. Po pierwszym odsłuchaniu kolejnego utworu, o dość intrygującym tytule „Jesus Stole My Baby”, wręcz się w nim zakochałem. Jak powiedział sam wokalista zespołu: „jest to utwór który najlepiej charakteryzuje nasz styl, najbardziej typowe dla nas dzieło. Napisałem ją już cztery lata temu ( czyli przed założeniem zespołu! - dop. red. ) jednak czekałem na odpowiedni moment, by ją wydać”. Trzeba przyznać, że miał on rację. Gdybym nigdy wcześniej nie słyszał tej piosenki a zostałby mi przedstawiony pięcio – dziesięciosekundowy fragment, od razu wiedziałbym, że to The Fratellis. Jak zwykle w przypadku tego zespołu, podoba mi się niekonwencjonalna konstrukcja refrenu. Radzę jednak, abyście sami przesłuchali i ocenili „Jesus Stole My Baby” - warto. Kolejną, ósmą już kompozycję, czyli „Babydoll”, nazwałbym duchowym spadkobiercą „Whistle for the Choir” z pierwszego albumu grupy. Spokojna piosenka, podobnie jak jej poprzedniczka z „Costello Music”, jest wprost wspaniała. Da się też wyczuć w niej swoistą magię, o której pisałem już przy okazji omawiania „Look Out Sunshine”. Następny w kolejności jest utwór „Tell Me a Lie”. Moim zdaniem, należy mu się co najmniej kilka zdań w tej recenzji. Jest niesamowicie skoczny, wesoły i oryginalny. Rytm zwrotki kojarzy mi się z muzyką country, natomiast refren przywodzi na myśl twórczość takich zespołów jak Jet czy AC/DC. Napiszę, że to kapitalne dzieło, jednak w przypadku takich utworów powinno się już używać słowa „arcydzieło”. Na uwagę zasługuje też zabawny tekst piosenki. Teksty pisane przez The Fratellis, zawsze są łatwe w odbiorze i śmieszne, jednak ten spodobał mi się szczególnie. Po trzykrotnym przesłuchaniu, włączyłem piosenkę numer dziesięć. Aha, więc to „Acid Jazz Singer”. „Kawałek” ten widziałem już na jednej ze stron internetowych, wykonywany na żywo, na koncercie. Pamiętam, że zrobił wtedy na mnie ogromne wrażenie i dał nadzieję na to, że drugi album szkockiej grupy, będzie równie dobry jak pierwszy. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, „Acid Jazz Singer” nadal bardzo mi się podoba. Przedostatnim już utworem na płycie, jest „Lupe Brown”. Dzieło to, zostało już zapowiedziane jako drugi singiel promujący płytę. Jest to dobry utwór, jednak, moim zdaniem, nieco odstaje od kilku poprzednich. Jest po prostu mniej oryginalny, mniej wesoły, aczkolwiek nadal przyzwoity. Album zamyka „Milk and Money”. Aby usłyszeć pierwsze wersy, musiałem zwiększyć głośność w odtwarzaczu. Wolna, piękna piosenka śpiewana głównie w akompaniamencie pianina. Po raz kolejny czuć magię. W połowie utworu dochodzą gitary, robi się coraz szybciej i bardziej żywiołowo, mamy świetną solówkę, by w ostatniej minucie znów wrócić wyłącznie do pianina. Uwielbiam takie zmiany tempa i nastroju. Nacisnąłem przycisk „next” ( po kilku przesłuchaniach oczywiście, kocham „Milk and Money” ) na wieży i... nic się nie stało. Czyżby się zepsuła? Nie, po prostu pochłonęła mnie magia i zapomniałem, że to już koniec płyty. Z jednej strony ogarnął mnie smutek – takich utworów mógłbym słuchać setki, a dostałem ich tylko dwanaście. Z drugiej jednak, wiedziałem, że album starczy mi na kolejny rok – dwa słuchania i czekania na kolejny, i na pewno mi się nie znudzi. Zawsze mam też „Costello Music”, które wytrzymało próbę czasu i wciąż bardzo mi się podoba. No i Budhill Singles Club ( wspaniały pomysł, wersje akustyczne oraz niepublikowane nigdzie indziej utwory, zespół umieszcza za darmo w internecie ). Ale, znów oderwałem się od tematu. Jak wypada porównanie z pierwszą płytą? Cóż, polepszyła się praca gitar, doszło trochę pianina, charakterystyczna radość pozostała.
Myślę, że każdemu kto był na tyle wytrwały, by przeczytać całe rozwinięcie, żadne podsumowanie nie jest potrzebne. Zamiast czytać, powinniście iść już do sklepu po własne kopie! Napiszę jednak co nieco, gdyż takie są ogólnie przyjęte zasady itd.. „Here We Stand” różni się bardzo od debiutanckiego albumu, jednocześnie kontynuując jego przesłanie. Jako całość wypada świetnie. Nastraja pozytywnie, daje radość z słuchania, taka właśnie powinna być muzyka. Dlaczego więc w rubryce ocena nie widnieje dziesiątka? Otóż zostawiam ją sobie na kolejny album tego zespołu. Gorąco polecam!

Tytuł: „Here We Stand”
Artysta: The Fratellis

Gatunek: indie rock / rock alternatywny
Ilość utworów: 12
Czas trwania: 52 minuty

Ocena: 9/10

czwartek, 29 maja 2008

What do i think of the pie?

"What do I think of the pie?
What do I think of the pie?
Goodness gracious, it's delicious,
That's what I think of the pie!"


Nie rozumiem ludzi, którzy nie lubią ciasta, bo przecież ciasta są smaczne zdrowe i ogólnie fajne. Oficjalnie bojkotuję prawo do nie lubienia ciasta, i apeluję o nazywanie przeciwników ciast pół-ludźmi i bucami, oraz o odebranie im praw człowieka. No bo jak można nie lubić ciasta? :)

środa, 28 maja 2008

O Iliadzie, Odyseji, gównie i Jozinie z Bazin

Siedzę sobie smutny jakiś, nie wiem o czym tu napisać. Przydałoby sie trochę uśmiechu... Właśnie, śmiech. Z chęcią zajrzałbym sobie na jakąś stosowną stronę, obejrzał parę fajnych filmików, poczytał jakieś kawały i poprawił sobie humor. Ale KUR*** MAĆ wiem, że jak wejdę na jakiś tego typu serwis, zobaczę jakiegoś Jozina z Bazin czy inne super - ekstra - śmieszne gówno w którym główną atrakcją jest koleś tańczący jak robot z autyzmem i nie wiedzący co to golarka, lub kaleczenie rodzimego języka ( O Władcach Much mówię - nie, nie o "Włatcach Móch" - ja polskiego kaleczył nie będę ).
Najgorsze jest chyba to, że większość ludzi jest super zadowolona gdy zobaczy coś takiego. Co więcej, próbują oni naśladować swoich pożal się Boże idoli. Zgadnijcie, kto prowadzi ten dialog:


- Ej, czekajcie chłopacy! Kurde no!
- O w pytke zbysia, ale zapieprzasz, no dawaj szybciej, bucu.
- Kurde no, juz jestem. Zobacz, ptakowie lecą, może ich zestrzelimy, tą no, procą.
- No, pewnie donald o tym marzy.
- No i moherowe berety, kurde.


tadadadadadadaaaaaa ( muzyczka z milionerów, edycji specjalnej, dla dzieci pokrzywdzonych przez los ).

- Drogi czytelniku, jak sądzisz, czy powyższy dialog prowadzili:
a) absolwenci klasy wyrównawczej o profilu rozbijania kamieni głową, technikum kamieniarskiego im. Freda Flinstona.
b) To chyba po czesku.
c) Zwykli, polscy uczniowie podstawówki.
d) Jestem bardzo cwany i wiem, że to Ty autorze wymyśliłeś ten dialog.


Wybrałeś odpowiedź? Trzymaj teraz kciuki... poprawna odpowiedź to.... D. Haha, cwaniaczku, myślałeś, że C? Zrobiłem Cię w bambuko :) Ale w sumie to C też by w miarę pasowało. Wszyscy kaleczą polski, ryją z super śmiesznych żarcików politycznych, z ojca Rydzyka, Władców Much i Jozina z Bazin. Próbowałem się z tego śmiać, ale nie da się. Zacząłem więc śmiać się z ludzi, którzy śmieją się z tych rzeczy. Polacy mają na ogół kiepski gust, jeśli chodzi o humor. Dlaczego tak mało osób docenia perypetie Homera Simpsona ( stąd Iliada i Odyseja w tytule posta ), South Park i tym podobne? Dlaczego w South Parku, wszyscy widzą tylko wulgaryzmy, a nikt nie dostrzega w nim naszego świata, pokazanego w krzywym zwierciadle, oddającego w świetny sposób naturę człowieka, a jednocześnie będącego na granicy absurdu? Dlaczego? KUR**************** DLACZEGO? Dlaczego lepiej śmiać się z zielonego, małego, zgniłego kolesia wyglądającego jak down na paradzie gejów? Nie rozumiem tego... Ale wielu rzeczy nie rozumiem... A może śmieszy on Ciebie, drogi czytelniku? Powiedziałbym, że nie jest jeszcze dla Ciebie za późno - ale powiem - spieprzaj z mojego bloga idioto. Tym optymistycznym akcentem...

aaa... i jeszcze - wbijajcie na blog mojego kolegi Artura ( link po lewej ) bo ma inteligentne przemyślenia podane w bardzo nieprzystępny sposób, co czyni z jego dziennika, coś więcej niż zwykłego bloga.

wtorek, 27 maja 2008

"scissors rusting when you're touched"

Jak widać, poziom mojego małego internetowego zakątka rośnie z postu na post. Teraz walnąłem sobie w tytule angielski cytat z piosenki ( Fair to Midland - Orphen Anthem '86 - szczerze polecam ), więc prowadzenie bloga rzuca mi się już na mózg. Cytacik jest fajny, tylko teraz trzeba wymyślić jakieś usprawiedliwienie - "skąd on się tu do jasnej cholery wziął". Z piosenki, ludzie, z piosenki! Takie usprawiedliwienie powinno spokojnie wystarczyć, jednak ludzie z natury są zbyt ciekawscy, a sensu szukają pytając twórcy, a nie wnikliwie analizując jego dzieła. To jest skandal i ja protestuję.
Przejdźmy jednak do konkretów. Tak sobie ostatnio myślałem, że żeby uzbierać na wymarzoną gitarę, byłbym skłonny odkładać co miesiąc trzy razy więcej pieniędzy niż dotychczas. Założyłem okulary połówki, wziąłem do ręki twardy ołówek i rozpocząłem zaciekle rachować:

3 * 0 = 0

Doszedłem więc do wniosku, że świat nie jest sprawiedliwy - ni cholerę. Obojętnie jak się staram, czy w ogóle, czy dwa, trzy, sześć razy więcej niż dotychczas, wynik jest tak samo mierny. Kiedyś ktoś powiedział, że z cyfr da się wyczytać wszystko i miał chyba rację. Natchniony stworzyłem wzór na wyniki starań człowieka! Nim dostanę nagrodę Nobla i osiemnaście szóstek z matmy, opublikuję go tutaj, dla ludu. Tadadadam! Brzmi on więc:

x * y = 0

gdzie x jest współczynnikiem starań, y liczbą początkową zero ( zawsze, obowiązkowo ) a zero wynikiem. Tak, tak jestem geniuszem. Starałem się o to od zawsze i zostałem nim, co obala mój wzór na starania i jednocześnie potwierdza go. Starałem się by być geniuszem, napisałem wzór na staranie, zostałem geniuszem, to obaliło mój wzór, nie byłem już geniuszem, co potwierdziło mój wzór... Paradoks jak cholera :)

Post wyszedł odrobinę ambitniejszy niż ten o gównie, dlatego zakończymy go optymistycznym akcentem. Cytat w tytule jest jak najbardziej prawdziwy, a nożyce rdzewieją gdy ich dotykasz, bo masz brudne ręce i śmierdzisz, więc idź się umyć i nie czytaj już głupot po nocach :)

poniedziałek, 26 maja 2008

Post o gównie

Tak sobie siedzę i myślę, o czym mógłbym napisać posta. Wszak prowadzenie blogaska to poważne zadanie, którego nie można zaniedbywać. Chciałem napisać coś pozytywnego, a tu? Polscy piłkarze kompromitują się z Macedonią, Bayer zatrudnia jakiegoś bęcwała zamiast prawdziwego trenera. Chciałem coś napisać, ale nie było o czym. Postanowiłem więc, że ten post będzie o gównie.
Dlaczego wybrałem akurat gówno? Otóż najbardziej pasuje do mojej idei tworzenia czegokolwiek jak najmniejszym kosztem - czyli, pisania o niczym. Wbrew pozorom, bardzo wielu ludzi często korzysta z podobnych praktyk. Starają się to ukryć, ale często mówią o tym zupełnie nieświadomie. Weźmy pod lupę dialog dwóch najlepszych przyjaciół:

- Co robisz?
- Piszę.
- A o czym?
- O gównie!


Lub w trudniejszej w odbiorze, aczkolwiek też często spotykanej formie:

-Co robisz?
- Piszę.
- Co?
- Gówno!


Tak więc w moich szatańskich praktykach nie jestem osamotniony. Wiedzcie też, że gdy w tym momencie do pokoju wejdzie wasz rodzic, zapewne przeprowadzicie z nim podobny dialog:

-Co robisz synku / córeczko?
- Czytam.
- O czym?
- O gównie.


Świat jest jednak niesprawiedliwy i za powiedzenie prawdy będziecie mogli dostać jak to się mówi "opieprz". Nigdy jednak nie obiecywałem, że czytanie mojej twórczości wyjdzie komukolwiek na dobre, poza tym świat nie jest sprawiedliwy ( jak już zresztą pisałem umm... zdanie temu? ). Taak, to jedna z jego wad... No, to mam nadzieję, że moje "gówno" ( a raczej post o nim ) było zjadliwe. Do następnej noci :* :* :* ( już bardziej się z nią postaram ).

niedziela, 25 maja 2008

Eurowizja 2008

Chciałem napisać co nieco o wielkim corocznym przedsięwzięciu muzycznym, zwanym konkursem Eurowizji. Otóż większość narodów europejskich, każdego roku wysyła na owy konkurs swojego reprezentanta, wyłonionego w eliminacjach krajowych. Z reguły wygrywa państwo, które uzyskuje najwyższy wynik działania: "żałosność utworu w skali od 1 do 10 + liczba narodów z którymi sąsiaduje".
Kurczę, powinienem to chyba opatentować, gdyż w tym roku mój mały matematyczny wzór sprawdził się po raz kolejny. Wygrał reprezentant Rosji z jakąś beznadziejną piosenką, która nikomu normalnemu, nawet mimo chęci nie wpadnie w ucho. No, ale tak już jest w tym pożal się Boże "konkursie". Dlaczego wyraz konkurs umieściłem w cudzysłowie? Ano dlatego, że z Eurowizji taki konkurs jak ze mnie sułtan... czyli zajebisty ;-) Nie no, żartowałem - nazywanie tego czegoś konkursem to lekkie nadużycie. Wszyscy zbierali punkty głównie po sąsiedzku. Oczywiście nasi sąsiedzi nas olali, ale tak samo my olaliśmy ich. Warto wspomnieć o tym, że nasz drogi reprezentant Isis Gee zajął ostatnie miejsce, wraz z wykonawcami z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Zgadnijcie kto dał nam uciułać te zaszczytne czternaście punktów? Oczywiście, zgadliście - my sami, czyli Irlandia i Wielka Brytania. Jeśli chodzi o to zgadywanie, to jest ono całkiem łatwe. Gdy wczoraj oglądałem transmisję, zwykle wiedziałem kto dostanie od danego państwa maksymalną liczbę punktów, podobnie zresztą jak komentator, który nie krył już znużenia tą ciągłą schematycznością. Wystarczy znać podstawy geografii.
Ogólnie zawiodłem się na Eurowizji, tak jak zresztą co roku. Nie wiem dlaczego to jeszcze oglądam. Jedynym utworem który w miarę mi się podobał, był "Deli" autorstwa grupy Mor ve Ötesi, reprezentującej Turcję. Przeszkadza mi w niej jedynie tekst,śpiewany w ojczystym jezyku wykonawców - ciężko mi się słucha piosenek wykonywanych w egzotycznych dla mnie językach. Rytm, brzmienie gitar itd. są natomiast w "Deli" całkiem fajne. Mor ve Otesi zajęli siódme miejsce, co i tak uważam za spory sukces w tak ustawionym przedsięwzięciu.
Pamiętam, że kilka lat temu przynajmniej uśmiałem się z Lordi i z zespołu śpiewającego "We are the winners, of Eurovision". Teraz pozostaje tylko płakać...

Takie tam przejście

Postanowiłem reaktywować mojego bloga :) Mam chyba o czym pisać, raczej mi się to nie znudzi, więc będę zanudzał was moimi nudnymi i bezsensownymi postami z powtórzeniami wyrazów ( tak jak na przykład tutaj ). Zmieniłem skina bloga na jakiś retro-shit, który o dziwo całkiem przypadł mi do gustu. Jest to jednak forma przejściowa, ponieważ pracuję nad czymś co będzie wyglądało bardziej web 2.0 i w ogóle trendy. Zapraszam więc do czytania.