„Here We Stand” to drugi studyjny album szkockiej formacji The Fratellis. Zespół wykonujący muzykę zaliczaną do gatunku indie rock, zadebiutował w 2006 roku płytą „Costello Music”. Dzieło to zostało bardzo ciepło przyjęte w Wielkiej Brytanii, a single takie jak „Chelsea Dagger” czy „Flathead” dotarły do czołówek list przebojów na wyspach. W sumie udało się sprzedać ponad dwa miliony kopii „Costello Music”. Zniecierpliwieni fani czekali na drugą płytę i... doczekali się. Od kilku dni można już kupić „Here We Stand”. Można, ale czy warto? Mam nadzieję, że po lekturze mej recenzji, nikt nie będzie miał już co do tego wątpliwości.
Postanowiłem, że nie będę traktował albumu jako zamkniętej całości, a opiszę oddzielnie każdy utwór. W końcu w dzisiejszych czasach nie jest problemem ściągnięcie pojedynczej piosenki, za niewielką opłatą.
No, ale przejdźmy do konkretów. Gdy tylko zdobyłem nowy album, pobiegłem do odtwarzacza CD i pośpiesznie włożyłem płytę do czytnika. W końcu sam, jako fan szkockiej formajavascript:void(0)
Publikuj postacji, czekałem na „Here We Stand” przez przeszło półtora roku. Miałem nadzieję, że się nie zawiodę. Nerwowo nacisnąłem przycisk play i... po kilku sekundach wiedziałem już, że będzie dobrze. Dzieło otwiera utwór „My Friend John”. Jest to pozytywna, skoczna piosenka, z chwytliwym refrenem i wpadającymi w ucho zwrotkami. Jednym słowem – prezentuje nam ona to, z czego The Fratellis zawsze słynęli ( no, wyszło troszkę więcej niż jedno słowo, ale nie będziemy chyba płakać z tego powodu ). „My Friend John” to po prostu arcydzieło, które potrafi poprawić nastrój każdemu. Dwanaście minut później ( nie, utwór trwa trzy minuty, po prostu zanim przeszedłem dalej, musiałem odsłuchać go cztery razy, co jest chyba najlepszą rekomendacją ) wcisnąłem przycisk „dalej”. Na tyle okładki wyczytałem, że kolejny „numer” nosi nazwę „A Heady Tale”. Jest to piosenka nastrajająca równie optymistycznie, jak poprzednia, jednak troszkę spokojniejsza i bardziej melodyjna. Nie zrobiła ona na mnie aż takiego wrażenia, jak „My Friend John”, aczkolwiek bardzo mi się spodobała. Numerem trzy na albumie, jest „kawałek” „Shameless”. Cztery kolejne minuty nastrajania się coraz bardziej optymistycznie. Zastanawiałem się, jak luźna i radosna będzie moja recenzja pod koniec jej pisania. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że jeśli The Fratellis będą mnie rozbawiać w takim tempie, w jednej chwili znikną dla mnie wszystkie problemy, i pozostanie tylko ta świetna, pozytywna muzyka. Kolejny utwór, czyli „Look Out Sunshine” nieco różni się od poprzednich. Jest wyraźnie wolniejszy, bardzo spokojny, bardzo ( zgadnijcie jaki, jest to zadanie wyłącznie dla ludzi o olbrzymiej spostrzegawczości ) radosny. Moim zdaniem, ma on w sobie pewien rodzaj magii, jest jedyny w swoim rodzaju. Gorąco go polecam! W piątej piosence, zatytułowanej „Stragglers Moon”, mamy małą przerwę w tej radości. Tak przynajmniej myślałem, ale w refrenie wszystko wróciło do normy. Dobre, lecz niespecjalnie wyróżniające się dzieło. Przyszedł czas na „Mistress Mabel”, czyli pierwszy singiel promujący album. Troszkę zdziwił mnie ten wybór, ja singlem uczyniłbym wspomniany już utwór „My Friend John”, no, ale to nie ja tu decyduję. Wracając do konkretów, „Mistress Mabel” to niezły „kawałek”, z chwytliwym riffem. Po pierwszym odsłuchaniu kolejnego utworu, o dość intrygującym tytule „Jesus Stole My Baby”, wręcz się w nim zakochałem. Jak powiedział sam wokalista zespołu: „jest to utwór który najlepiej charakteryzuje nasz styl, najbardziej typowe dla nas dzieło. Napisałem ją już cztery lata temu ( czyli przed założeniem zespołu! - dop. red. ) jednak czekałem na odpowiedni moment, by ją wydać”. Trzeba przyznać, że miał on rację. Gdybym nigdy wcześniej nie słyszał tej piosenki a zostałby mi przedstawiony pięcio – dziesięciosekundowy fragment, od razu wiedziałbym, że to The Fratellis. Jak zwykle w przypadku tego zespołu, podoba mi się niekonwencjonalna konstrukcja refrenu. Radzę jednak, abyście sami przesłuchali i ocenili „Jesus Stole My Baby” - warto. Kolejną, ósmą już kompozycję, czyli „Babydoll”, nazwałbym duchowym spadkobiercą „Whistle for the Choir” z pierwszego albumu grupy. Spokojna piosenka, podobnie jak jej poprzedniczka z „Costello Music”, jest wprost wspaniała. Da się też wyczuć w niej swoistą magię, o której pisałem już przy okazji omawiania „Look Out Sunshine”. Następny w kolejności jest utwór „Tell Me a Lie”. Moim zdaniem, należy mu się co najmniej kilka zdań w tej recenzji. Jest niesamowicie skoczny, wesoły i oryginalny. Rytm zwrotki kojarzy mi się z muzyką country, natomiast refren przywodzi na myśl twórczość takich zespołów jak Jet czy AC/DC. Napiszę, że to kapitalne dzieło, jednak w przypadku takich utworów powinno się już używać słowa „arcydzieło”. Na uwagę zasługuje też zabawny tekst piosenki. Teksty pisane przez The Fratellis, zawsze są łatwe w odbiorze i śmieszne, jednak ten spodobał mi się szczególnie. Po trzykrotnym przesłuchaniu, włączyłem piosenkę numer dziesięć. Aha, więc to „Acid Jazz Singer”. „Kawałek” ten widziałem już na jednej ze stron internetowych, wykonywany na żywo, na koncercie. Pamiętam, że zrobił wtedy na mnie ogromne wrażenie i dał nadzieję na to, że drugi album szkockiej grupy, będzie równie dobry jak pierwszy. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, „Acid Jazz Singer” nadal bardzo mi się podoba. Przedostatnim już utworem na płycie, jest „Lupe Brown”. Dzieło to, zostało już zapowiedziane jako drugi singiel promujący płytę. Jest to dobry utwór, jednak, moim zdaniem, nieco odstaje od kilku poprzednich. Jest po prostu mniej oryginalny, mniej wesoły, aczkolwiek nadal przyzwoity. Album zamyka „Milk and Money”. Aby usłyszeć pierwsze wersy, musiałem zwiększyć głośność w odtwarzaczu. Wolna, piękna piosenka śpiewana głównie w akompaniamencie pianina. Po raz kolejny czuć magię. W połowie utworu dochodzą gitary, robi się coraz szybciej i bardziej żywiołowo, mamy świetną solówkę, by w ostatniej minucie znów wrócić wyłącznie do pianina. Uwielbiam takie zmiany tempa i nastroju. Nacisnąłem przycisk „next” ( po kilku przesłuchaniach oczywiście, kocham „Milk and Money” ) na wieży i... nic się nie stało. Czyżby się zepsuła? Nie, po prostu pochłonęła mnie magia i zapomniałem, że to już koniec płyty. Z jednej strony ogarnął mnie smutek – takich utworów mógłbym słuchać setki, a dostałem ich tylko dwanaście. Z drugiej jednak, wiedziałem, że album starczy mi na kolejny rok – dwa słuchania i czekania na kolejny, i na pewno mi się nie znudzi. Zawsze mam też „Costello Music”, które wytrzymało próbę czasu i wciąż bardzo mi się podoba. No i Budhill Singles Club ( wspaniały pomysł, wersje akustyczne oraz niepublikowane nigdzie indziej utwory, zespół umieszcza za darmo w internecie ). Ale, znów oderwałem się od tematu. Jak wypada porównanie z pierwszą płytą? Cóż, polepszyła się praca gitar, doszło trochę pianina, charakterystyczna radość pozostała.
Myślę, że każdemu kto był na tyle wytrwały, by przeczytać całe rozwinięcie, żadne podsumowanie nie jest potrzebne. Zamiast czytać, powinniście iść już do sklepu po własne kopie! Napiszę jednak co nieco, gdyż takie są ogólnie przyjęte zasady itd.. „Here We Stand” różni się bardzo od debiutanckiego albumu, jednocześnie kontynuując jego przesłanie. Jako całość wypada świetnie. Nastraja pozytywnie, daje radość z słuchania, taka właśnie powinna być muzyka. Dlaczego więc w rubryce ocena nie widnieje dziesiątka? Otóż zostawiam ją sobie na kolejny album tego zespołu. Gorąco polecam!
Tytuł: „Here We Stand”
Artysta: The Fratellis
Gatunek: indie rock / rock alternatywny
Ilość utworów: 12
Czas trwania: 52 minuty
Ocena: 9/10