piątek, 30 stycznia 2009

Muzyczne przemyślenia

Ostatnio przez dość długi okres czasu, rozmyślałem sobie nad pewnym niepokojącym mnie samego faktem - zespoły, które pamiętają jeszcze zapewne czasy tworzenia się węgla kamiennego, zaczęły wypierać w moim prywatnym, jakże prestiżowym rankingu, te nowsze.
Jest to kurczę w jakimś tam stopniu straszne, ponieważ chyba jako osoba nastoletnia, powinienem marzyć raczej o zobaczeniu na żywo koncertu jakiegoś Greenday czy innej modnej obecnie grupy. Bo kto tam chciałbym oglądać dziadka w krawacie, marynarce i krótkich spodenkach, dzierżącego w rękach Gibsona SG? A co jeśli po wyjątkowo wyczerpującym koncercie, biedaczek padnie na zawał? Ma się już swoje lata, nieprawdaż? Z jakiegoś jednak powodu, wolałbym bawić się na gigu staruszków z AC/DC - zespołu, który od parudziestu lat, nagrywa co jakiś czas te samą płytę i sprzedaje ją publiczności, pod nową nazwą. Cholera, czy to ze mną jest coś nie tak? W sumie... nie. Doszedłem do wniosku, że większości debiutantów brakuje werwy, charakteru, a przede wszystkim szczerości. Bandy których image jest kreowany przez wytwórnie, na potrzeby publiczności, są teraz na porządku dziennym - i to jest skandal. AC/DC mają przynajmniej wszystko gdzieś i konsekwentnie grają swoje, natomiast pseudo-zbuntowani młodzi ludzie, z którymi utożsamia się zresztą całkiem spory procent nastolatków, osiągają szczyty popularności tylko dzięki udawaniu. Oczywiście mam na myśli szczyty chwilowe, ponieważ za parę lat, nikt nie będzie o nich pamiętał. Cóż, kilkanaście wiosen temu, modne było wybranie sobie jakiegoś członka znanego boysbandu i tapetowanie pokoju jego zdjęciami - teraz pokój wypada wytapetować w najlepszym wypadku przebitymi sercami na czarnym tle, a najlepiej srebrno - różowymi czaszkami. Jakże żałosne są nastolatki, które po wygłoszeniu śmiałej deklaracji: "nie obchodzi mnie opinia innych", trzymają tylko kciuki, by ktoś tę ich "odmienność" zauważył. Cóż, taka moda. Drugą opcją jest jeszcze uważanie się za przedstawiciela subkultury rastamanów - wtedy obowiązkowo musimy palić sheeshe, czcić Boba Marleya i nosić wyjątkowo krzykliwe ubrania. Wszystko bardzo fajnie, tylko gdzie tutaj prawda? Wszystko jest na pokaz. Za dwa - trzy lata, nikt nie będzie pamiętał o tym co to właściwie jest rasta, a wyznanie tego, że sam starał się należeć do tej społeczności, raczej nie przejdzie mu przez usta. Są jednak artyści, żerujący na takich właśnie ludziach - głupich ofiarach sezonowej mody. W sumie to wystarczy tylko wyglądać - ponieważ ich muzyka jest zwykle do krzty przesłodzona i przesiąknięta wręcz chęcią przypodobania się młodym, "pieprzącym system" fanom. Ale przecież fajnie jest słuchać Pink czy Paramore. Ciekawe tylko, czy obecni wielbiciele, kiedyś, kiedyś, wolałyby pochwalić się wnukom koncertem Paramore, Linkin Parku czy Zeppelinów lub GnR?
Coraz częściej widzimy też "artystów" wykreowanych stuprocentowo przez wytwórnie. Jestem pewien, że "biznesplan" Tokio Hotel, to: " pograjcie kilka lat, wyglądajcie dziwnie, niech podoba się buntownikom, wszyscy sobie zarobimy, potem spadajcie". Powiedzmy sobie szczerze - zespoły od samego początku nieszczere, chcące jak najbardziej wpasować się w gusta, i to niekoniecznie muzyczne, nastolatek, stawiające image ponad muzykę, długotrwałego sukcesu odnieść nie mogą. Wydawcy, doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego starają się wykorzystać cały ich pieniężny potencjał, zanim na dobre sie wypalą. Stopniowo takie grupy, właśnie z tego powodu - rozpaczliwej pogoni za papierowymi świstkami - stają się obiektami żartów i kpin. "Fani" odwracają się od nich i wstydzą się przyznać do tego, że kiedyś całowali ich plakaty, czy nawet, do tego że kupili płytę. Zespoły są teraz tworzone częściej na castingach, niż wśród znajomych. Sama muzyka schodzi na dalszy plan. Zostają jeszcze grupy takie jak na przykład Greenday - zmieniające się, stopniowo na gorsze, coraz bardziej komercyjne. Może skala problemu nie jest na tyle wielka, by normalne grupy nazywać wyjątkami, ale jest to już bardzo poważna sprawa. W sumie powinienem mieć to gdzieś, powinienem napisać: "niech sobie słuchają, sami będą się wstydzili" i dalej zagłębiać się w twórczości Deep Purple dajmy na to, ale strasznie mnie to po prostu irytuje. Każdy chce teraz wyjść na takiego niezależnego, takiego wyjątkowego. Wstyd! Sytuacje pogarszają jeszcze rozgłośnie radiowe - " Radio Eska - hity na czasie" - właśnie. Rzecz w tym, że The Who, Gunsi czy nawet ZZ Top, zawsze są na czasie. A w tego typu stacjach po roku, dwóch, nikt już o starych "hitach" nie pamięta.
"Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem" - no i poszło takich w młodych alternatywnych dobre pare tysięcy, bo na szczęscie są ludzie, którzy czarowi sezonowych gwiazd nie ulegają.
Źle się dzieję na rynku muzycznym. Dlatego zostanę przy takich numerach, których nie muszę analizować, którymi nie muszę się chwalić, które przetrwały próbę czasu. Kiedyś wszystko było chyba bardziej szczerze, mniej na pokaz, a jeśli już nawet troszkę na pokaz, to wynikające z własnych emocji, czyli też swoją drogą szczerze. Miejmy nadzieję, że takie czasy jeszcze wrócą, bo obecnie rodzących się legend prawie nie widać... Za przykładny wyjątek można uznać jednak na przykład Tool - panowie konsekwentnie pieprzą standardy radiowe i standardowe budowy utworów, mają gdzieś przypodobanie się publiczności, a ich twórczość jak na razie wygląda ponadczasowo. W tym gwiazdozbiorze, mało jest jednak gwiazd, które od razu się nie wypalą...
Gwarantuję Wam, że jeśli kiedyś dotrę na szczyt, dorobie się Les Paula sygnowanego własnym nazwiskiem i czternastu jachtów, postaram się dalej tworzyć oraz grać prosto z serca, i tworzyć historię.


PS. Zdaję sobię sprawę z tego, jak mało spójny jest mój wywód. Wiem też, że nie popisałem się tu zbytnio kunsztownym stylem, ale pisałem cholera pod wpływem emocji :)

PS2. Wiem też, że tematu nie zdołałem wyczerpać, ale to jest temat raczej na pracę magisterską czy książkę. Być może rozwinę go lub uzupełnię w kolejnych wpisach.

Brak komentarzy: